Baliowe kołysanie – cz.2

Środa

Jak to było zapowiedziane, w Elblągu wyokrętował się Waldek (psi), a
przyjechała EwaZ, wraz z kuzynem Markiem. Ewa miała cały samochód
zaopatrzenia. I od tego dnia zaczęły się regularnie śniadania ok godz.
8, regularne obiady ok. godz. 14, i regularnie kolacje ok. godz. 20
;-)). Poza tym w jachcie zrobił się porządek (tzn był wcześniej cały
czas, tylko taki bardziej żeglarski) . W zmienionym składzie
załogi Balia potruchtała na silniku w stronę jeziora Drużno…..i
…..aż nam dech zaparło jak wpłynęliśmy na ten "zielony przestwór
oceanu" (czy jak tam to ten wieszcz na wygnaniu pisał).

Trudno to nawet
nazwać jeziorem, bo co prawda widać dookoła wodę, ale zieloną… Cała
powierzchnia tego jeziora praktycznie zarośnięta roślinnością wodną,
trzciny, trawy, lilie wodne, kaczeńce, i mnóstwo innej zieleniny, a na
tym wszystkim czaple, kormorany, łabędzie, kaczki, muchy, komary i
nawet jakiś duży
drapieżny ptak nad nami latał…. Widoki przepiękne, słońce w którym te
wszystkie dziwy przyrody mienią i tylko wiatr cały czas w mordę…..tak
sobie płynęliśmy podziwiając to wszystko…oj wędkarze to tu mieliby
raj…gdyby nie spotykane czasem tabliczki " wędkowanie zabronione".
Potem znowu jakiś kanał, coraz węższy i bardziej zarośnięty, potem
znowu jakieś jeziorko. I tak sobie płynęliśmy, gdy nagle kanał nam się
skończył stojącym w wodzie olbrzymim kołem zamachowym w kolorze
żółto-czerwonym!

O matko i córko! zakrzyknęliśmy zgodnie, i co teraz ? ;)) No i nie było
łatwo..owiane legendami turystów i żeglarzy pochylnie, napędzane samą
tylko wodą, proste a jakże użyteczne i piękne mechanizmy sprzed stu lat
dały nam mnóstwo wrażeń. Najpierw tych z gatunku bardziej nerwowych gdy
Balia osiadała na pierwszym wózku na pochylni Całuny, potem podziwiania
okolic jadąc jachtem po łąkach, a na koniec już nawet nudy. ;-))

Wózek z ładunkiem jedzie z prędkością 2.5-3 km/h, pochylniowy siedzi
sobie na górce i łupie pestki słonecznika… znowu miałem
wrażenie, jak przy śluzach, że obsługa tych urządzeń to praca mniej
stresująca niż w bibliotece miejskiej… Zgodnie stwierdziliśmy, że
Kanał Elbląski i pochylnie to obowiązkowy szlak do zaliczenia dla
żeglarza-turysty, żeby poznać, żeby zobaczyć, żeby zasmakować. Piękny
szlak "włóczęgowy", jak ktoś ma sporo czasu i lubi różnorodność doznań.
Nie zdążyliśmy zrobić tego dnia dwóch ostatnich pochylni, pracują one
bowiem do godziny ok 16. zatem spokojnie stanęliśmy sobie na noc na
kanale…żeby tylko nie te komary……

Czwartek
Zrobiliśmy dwie ostatnie pochylnie, które nie dały już nam takiej
frajdy jak dzień wcześniej – a może już po prostu byliśmy nimi nieco
"zblazowani" ;-))
Kanał Iławski jest naprawdę długi, i nie przypomina (do czego się
wszyscy zgodziliśmy) mazurskich kanałów. Znacznie węższy, dzikszy, bez
zagospodarowanych nabrzeży, mnóstwo roślinności w wodzie, i dość płytki
– o czym przypominał nam co jakiś czas podniesiony częściowo miecz.
Ma też bardzo dużo wąskich i niskich mostów, o czym przekonaliśmy się
także ;))) I tak sobie płynęliśmy cały boży dzień a na noc stanęliśmy
znowu gdzieś w krzakach, ale już nie pamiętam gdzie to było ;-))

Pełna galeria z tej części rejsu:
http://picasaweb.google.com/netbard71/2RejsBalia_AleKana#

Piątek
Skończyliśmy już wreszcie ten kanał….Ok godz. 14 dopłynęliśmy do jego
końca. Pokazało się wreszcie jezioro, po którym było widać że można
będzie postawić maszt i żagle. Co warto zauważyć, odkąd wypłynęliśmy z
Elbląga to całą drogę mieliśmy pod wiatr, i teraz przed wyjściem na
Jeziorak wyglądało znowu że dość mocno szkwali i to prosto w mordę.
Założyliśmy ref na grocie, zwinęliśmy trochę foka i zaczęliśmy się
halsować po jeziorze. Okazało się jednak, że z każdą popołudniową
chwilą wiatr się uspokaja. I tak sobie płynęliśmy podziwiając kolejny
akwen na którym byliśmy po raz pierwszy.

Byliśmy serio zaskoczeni jego
wielkością, ilością odnóg i zakamarków oraz ogólnym urokiem. Pierwszy
plan był taki żeby dociągnąć do Iławy aby odstawić Henia na pociąg do
Warszawy, ale okazało się że jednak może jechać rano. Poza tym wiatr
ucichł na wieczór całkowicie i już na silniku i w zapadającym zmroku
szukaliśmy miejsca na biwak.

Stanęliśmy sobie przy jakimś opuszczonym
polu kempingowym, przy bardzo ładnym pomoście z tabliczką "teren
prywatny". A potem ognisko, kiełbaski i pożegnalne piwo z Henrykiem. W
powietrzu czuć było wilgoć a nad jezioro nadciągała mgła…

Sobota.
I wstała sobota z mlekiem zamiast powietrza i zamiast wody. Nie
było widać
nic i nikogo.

Henio obudził nas ok 7 rano, tak jakby się bał, że Zgrzyb
specjalnie się spóźni na jego pociąg;-)) No i tym sposobem w Iławie
byliśmy chwilę po godz. 8. Henryk na pociąg a my do przystani Pod
Omegą, gdzie zaczynały się regaty o Błękitną Wstęgę Jezioraka, a co ?!
😉 Pięknie zagospodarowane są brzegi w Iławie. Widać też, że "tam się
żeglarzy lubi , tam się o nas dba" – jak śpiewa Andrzej Korycki. Piękne
duże molo z miejscami postojowymi dla jachtów będzie kusić pewnie już w
przyszłym sezonie. I dobrze. Zaczęło się przejaśniać i zapowiadał się
piękny dzień.  Henio pojechał na dworzec, a my na poranną kawę do
"Omegi".

A tam tłumy żeglarzy i wiele jachtów ostrzących zęby na
Błękitną Wstęgę Jezioraka. Klasyczna odprawa załóg, której się mocno
przysłuchiwaliśmy poskutkowała tym że potem już na wodzie kompletnie
nie wiedzieliśmy jak miał być ustawiony start. ;-)) No to kołysaliśmy
się "trochę z boku" całego stada mniejszych i co istotne lżejszych
jachtów przypatrując się kiedy i co się zmienia na wodzie. Mało się
zmieniało. Kompletna flauta powodowała że jachty zmieniały nieco swoją
pozycję z godziny na godzinę , a jedynie "latawce" czyli katamarany i
fortynajnery trochę częściej ;-))

I tak się piekliśmy się na tym
słońcu, godzinę, a pewnie i lepiej. W końcu dało się wyczuć podmuchy
wiatru i zaczął się ruch na wodzie. Jakieś flagi poszły w dół, a może w
górę, włączyłem stoper, choć nie miało to większego znaczenia bo nikt z
nas nie pamiętał co ile minut miał być jaki sygnał ;-))). Popłynęliśmy
w kierunku linii startu, i w końcu ją przeszliśmy. Za nami było jeszcze
kilka jachtów, także nie było źle ;)))) No i wtedy Balia pokazała co
potrafi….Zgrzyb wyciągnął genakera, który pozwolił na trasie nawet
kilka łódek dogonić, lub nawet wyprzedzić. I tak co chwilę, gdy wiatr
kręcił (a jak mówili bywalcy na Jezioraku strasznie kręci) to
chowaliśmy gienka, albo stawialiśmy. Przy wielkiej masie Balii pozwalał
on żeby nas tak mocno nie wyprzedzano, natomiast był duży i wzbudzał
dużo zainteresowania na innych łódkach. Dzięki niemu płynęliśmy w
"drugiej części głównego peletonu" ;-))).  W każdym razie  wiatr był
podły, albo go wcale nie było.  Emocje tak czy siak były spore, i
regaty te dały nam sporo frajdy. Zgrzyb się dobrze wprawiał jako
sternik, za to Ewa była taktykiem. Marek robił za szotmena, a ja
najczęściej za spinakerbom.

Trasa została skrócona, zajęliśmy dobre
miejsce w trzeciej dziesiątce i po przejściu linii mety już na motorze
poszliśmy do Siemian. Pięknie wyglądał Jeziorak w zachodzącym słońcu. A
potem w Siemianach był bar Kurka Wodna, bo do tanga trzeba dwojga, czy
te oczy mogą kłamać, itp, itd, itd…….ale to już temat na inny
wieczór. ;-))

Pełna galeria z tej części rejsu:
http://picasaweb.google.com/netbard71/3RejsBalia_Jeziorak#

Powiązane artykuły

Napisz odpowiedź

Twój adres e-mail nie będzie widoczny. Wymagane pola są zaznaczone *