Łódź na horyzoncie

Witam serdecznie, jakiś czas temu zapowiadałem gdzieś w sieci Imprezę w Łodzi, ale że czas leci szybciej niż się filozofom wydaje już jest po Imprezie. Jednym zdaniem mógłbym napisać, że byłem, piwo piłem, muzyki słuchałem, filmy oglądałem i dobrze bawiłem. Ale wiem także, że nawet z rymowanej, ale takiej filigranowej relacji nikt by nic nie wyniósł, a chodzi o to żeby wrażenia i doświadczenia przekazać ludzkim głosem. Dlatego postanowiłem odrobinę się zmusić do przelania większej ilości wrażeń na komputerowe bajty.
Impreza obywała się przez trzy dni. Zaczęła się w piątek wieczorem, natomiast ja byłem w sobotę i niedzielę. W sobotę imprezy w łódzkim klubie Wytwórnia rozpoczęły się od pokazu filmów z archiwum TVP. Najpierw odbył się pokaz filmu o Leonidzie Telidze, którego sylwetka została przypomniana praktycznie w przeddzień 40-tej rocznicy jego śmierci w 1970 roku. Film z unikatowymi ujęciami z rejsu Teligi, wypowiedziami jego brata, ludzi z klubu Gryf czy z PZŻ, kpt. Krzysztofa Baranowskiego i Jego samego.
Wizjonerstwo i upór w dążeniu do realizacji marzeń człowieka który w końcu lat 60. porwał się być drugim Polakiem w samotnym rejsie dookoła i to na prywatnym jachcie! Jeśli chodzi o filmy (bo ten element imprezy mnie ciekawił najbardziej)  to można było się naoglądać białych żagli, oj można. Miałem wrażenie, że w latach 70. i 80. państwowe kamery TVP towarzyszyły wydarzeniom spod białych żagli znacznie częściej niż to się dzieje dziś. Po filmie o Telidze poszły filmy o Darze Pomorza w jego regatach w ramach Operacji Żagiel z 1972 roku, jachcie Generał Zaruski i o samym generale Mariuszu Zaruskim.

Równolegle w hali obok działy się rzeczy bardziej targowo-rozrywkowe. Wystawa modeli pływających, pokazy plecenia liny na drewnianej machinie przypominającej średniowieczne narzędzie do łamania niewiernych, bojery, tratwy ratunkowe, harcerzy, i wiele innych do których nie zdążyłem zajrzeć. Poza tym działało żeglarsko-pirackie przedszkole Hulajnoga, które brało pod opiekę wszelkie dzieci, którym w tę jesienną niemalże pogodę udało się wraz z rodzicami dotrzeć do klubu Wytwórnia. Ja tam nie byłem, ale polazłem do stoiska z wydawnictwami książkowymi, bo to zawsze mnie ciekawi i zawsze mnie do takich miejsc ciągnie. ;-). Było kilka potężnych kartonów „antykwarycznych”, i dzięki przewaleniu tego co w nich leżało nabyłem drogą kupna kilka „morskich” tytułów ze średnią arytmetyczną ceny 2,78 zł/ sztuka. W jeszcze innej sali obywały się warsztaty nawigacyjne robione przez firmę 4winds, ale tam też nie dotarłem. Były one chyba w tym samym czasie co spotkanie z Nataszą Caban na scenie głównej…tadam, tadam……!!!! I teraz się zacznie…;-)

Niektórzy z tych co byli na spotkaniu z Nataszą w warszawskiej tawernie „Tuż za Horyzontem” pamiętają jakie wrażenia zostawiła po sobie Natasza wśród części publiki. Pokłosiem tamtego spotkania była relacja Maliny na stronie Samosteru, www.samoster.org.pl/index.php?doc=210
i wiele komentarzy na forach…różnych komentarzy.

Z tym większą ciekawością zasiadłem posłuchać Nataszy w Łodzi. I muszę napisać, że buzia mi się wydłużała a oczy śmiały do Niej z każdą kolejną minutą opowieści. Na początku miałem wrażenie, że chce w pół godziny odbębnić cały 2-letni rejs dookoła świata, ale po chwili chyba zauważyła, że ludzie chcą naprawdę słuchać i że są jej ciekawi. Pewnie dla Nataszy było to już kolejne z setki spotkań tego typu i pewnie ma różne doświadczenia z takimi spotkaniami, i pewnie nawet czasem się jej już tak zwyczajnie nie chce – rozumiem to. Jednak było widać po kilku minutach opowiadania, że się wczuła ponownie w swój rejs, że opowiadając o kolejnych jego etapach przeżywa go ponownie, że przypomina epizody, o których może już nawet zapomniała. Nie było w tej całej opowieści pozerstwa, zadzierania nosa, udawania „wielkiej” żeglarki (bo tego, że jest wysoką i piękną kobietą nie da się nie zauważyć ;-)). Mówiła kiedy w czasie rejsu płakała bo miała wszystkiego dość, jak cieszyła się z kolejnego przepłyniętego trudnego odcinka. Była poza tym wielka fachowość (nienawidzę słowa „profesjonalizm”) kiedy mówiła prądach morskich, wiatrach, specyfice akwenów po których wiodła trasa rejsu. A ujęła mnie wspomnieniami o technicznych aspektach rejsu, problemach z silnikiem, windą kotwiczną…..mówiłem wtedy do siebie po cichu: „a kiedy Ty wreszcie chłopie nauczysz się, jak naprawdę działa dieslowski stacjonarny silnik na jachcie”. Kompletnie inna osoba niż na warszawskim spotkaniu, kiedy także we mnie pozostawiła wrażenie, że każda ładna kobieta potrafi opłynąć świat, a jeśli nawet będą jakieś problemy to zarzuci włosami i pomruga przymilnie oczętami. Brawo Natasza! Podobało się chyba nie tylko mi, bo kolejka po autografy do Niej była całkiem długa…;-)

No a potem to już w sobotę było z górki. Losowanie nagród ufundowanych przez marynistyka.org.pl wśród uczestników imprezy w wykonaniu zespołu Banana Boat było preludium tego, czego się można będzie po nich spodziewać podczas koncertu na koniec sobotniego dnia. No i było. Zresztą co tu dużo pisać. Kto jak kto, ale Banany potrafią rozhuśtać każdą publikę – wie to każdy, kto choć raz ich widział na scenie. Poza wspaniałymi głosami wszystkich chłopaków „kocie ruchy” Maćka Jędrzejki przechodzą do pamięci jako specjalne wrażenia wizualne bez dopłaty do biletu.

No i po tak długim wieczorze, który zakończył się już w łódzkim Gnieździe Piratów przyszła niedziela. Niedziela wstała deszczowa, zimna i z bolącą nieco głową. Dziwne, żeby tak po filmach głowa bolała…ale może tak w tej Łodzi jest …nie wiem… miasto zresztą od razu wydało mi się takie pokręcone….ulice prawie wszystkie jednokierunkowe….no jak to tak..? ;-)).

Natomiast sama Impreza w niedzielę zaczęła się …od filmu, to wiadomo. Właściwie od dwóch filmów. Oba o rejach i rejsach na rejach..czyli pod wielkimi żaglami. Pierwszy to film o Darze Pomorza z 1979 roku, a drugi z kolei z 2009 roku, czyli równo 30 lat później. O rejsie rosyjskich kadetów ze Szkoły Rybołóstwa Morskiego na Kruzenszternie. Piękny ten film o rosyjskim żaglowcu. I nakręcony przez Polaków! Piękne zdjęcia oceanu, świat spod wielkich żagli a zarazem reportaż o życiu i pracy na takim statku. Szkoła, sprzątanie, egzaminy, młode niepokorne, dusze które morze dopiero zaczyna temperować. Wykładowca prawi o metodach bunkrowania żaglowca a oni wysyłają smsy do dziewczyn…Podobał się widzom ten film, to było widać i słychać. Szkoda że go nie pokaże na razie jakaś duża stacja TV, bo z tego co wiem oficjalna premiera tego filmu będzie dopiero na jesieni tego roku. Ale jak tylko będę wiedział kiedy i co dam znać, bo jest to gratka nie lada, dawno nie było tej skali polskiej produkcji filmowej o tematyce morskiej. W hali obok dalej się wystawiały te same „podmioty targowe” a na scenie głównej zapanował Kowal z piratami i muzykantami. Zaczął się cały blok imprez dla dzieci. Konkursy, piraci, wspólne śpiewania itp…jako że nie mam dzieci ( a przynajmniej nic o tym nie wiem ), to jakoś mnie to nie kręciło zbytnio i poszedłem na warsztaty nawigacyjne;-)). Kurka wodna, uczę się tej nawigacji za każdym razem gdy mam okazje, a cały czas mam wrażenie że tak mało umiem ;-))))) Dlatego zawsze jak mam taką okazję to staram się wykorzystać bo zabawa z mapą i cyrklem jest naprawdę fajna.

Jak się dzieci już uspokoiły – a to było po jakichś 2 godzinach panowania Kowala na scenie, wróciłem na salę, bo znowu można było coś obejrzeć. Pokazane zostały 2 niedługie filmy – jeden o jachcie  Generał  Zaruski, porcie w Jastarni z końca lat 70., a drugi o Kapitanie Daru Pomorza K. Jurkiewiczu. Fajne, jak to obejrzałem – to jeśli chodzi o dawkę ruchomego obrazu z białymi żaglami na pierwszym planie  – byłem naprawdę „dobawiony”. Podsumowaniem tego dnia był koncert 4 Refów. No i to znowu było wydarzenie, bo zespół w tym roku obchodzi swoje 25-lecie. Pewnie mają setki koncertów z tej okazji, dlatego nawet sobie koszulki z „rocznicowym” napisem zrobili ;)). Siwe włosy, a wciąż tęgie głosy! Tak bym jednym zdaniem ich podsumował. Piękny koncert, złożony  głównie z tych „najstarszych” piosenek wykonywanych kiedyś jeszcze pod nazwą Refpatent. Bardzo fajny pomysł miał zespół na ten koncert. W przerwie koncertu został wyświetlony jeszcze jeden film, ale jaki! Stary film, chyba też z 1978 roku, na którym Jurek Rogacki z kolegami wypływa z Gdańska na Generale Zaruskim grając na gitarze i śpiewając szanty. Nie wiem ile mieli wtedy lat, ale Rogacki to taki młody blondasek na tym jachcie, jak kamera na nim się koncertowała to ludzie się oglądali po sali dla porównania „a gdzie jest ten obecny Rogacki ” ;-)) Taki „szantowy film”…pływają po Zatoce i śpiewają…ludzie, którzy zasiedli na koncercie na krzesłach przez cały film się nie ruszali z miejsc. Widać było z jakim wzruszeniem go oglądają, a widziałem też jak się niektórym szkliły oczy….fajnie….. Jurek Rogacki, który stał za nami na sali też był mocno wzruszony…. No a potem to już druga część koncertu, sto lat odśpiewane zespołowi i tradycyjne „Pożegnanie” którego ja generalnie już od dawna nie trawię, ale tym razem jakoś nawet razem śpiewałem ze wszystkimi ;-).

Ledwo zdążyłem na ostatni pociąg do Warszawy o 21. Gdy wbiegałem na peron to konduktor odgwizdywał odjazd…Podobało mi się. Impreza w mieście, które już sama nazwa obliguje żeby coś „żeglarskiego” się tam działo. Jest oczywiście stricte muzyczny „Kubryk”, widać że jest potrzeba czegoś szerszego. Widać, że są ludzie którym się chce czegoś więcej poza 60. kanałami w TV i pilotem. Takich ludzi lubię i z takimi lubię być. Na pewno jak na pierwszy raz nie dało się uniknąć pewnych błędów, zmian programu itp itd….ale „nie robi błędów ten co nic nie robi”. Paskudna pogoda też miała swój wpływ na frekwencję, która nie była taka jak oczekiwali organizatorzy, ale wydaje się że za kolejnym może być tylko lepiej. Będę trzymać mocno kciuki przed kolejną edycją Łodzi na Horyzoncie, i pewnie znowu tam pojadę …

Powiązane artykuły

Napisz odpowiedź

Twój adres e-mail nie będzie widoczny. Wymagane pola są zaznaczone *