„Za burtą”, czyli niewiarygodna historia jachtu Rose-Noelle

Wypadki na morzu zawsze zwracały uwagę społeczeństwa, zawsze były przedmiotem wielkiego zaciekawienia mediów.  Każdy z nich był analizowany, większość stała się przykładem opracowywania praktyk dobrego zachowania na morzu, dobrej praktyki morskiej. Wywrotki, wejścia na mieliznę, utraty jachtów, zderzenia, tratwa ratunkowa… takie hasła zawsze elektryzują i przyciągają zainteresowanie.

We współczesnej historii światowego żeglarstwa było niewiele wypadków i przykładów, gdy po utracie jachtu żeglarze zdołali przeżyć dłuższy okres czasu. Najbardziej znaną, przynajmniej polskim miłośnikom morza jest historia małżeństwa Maralyn i Maurice’a  Bailey. Wydarzenie to miało miejsce w 1974 roku na Oceanie Spokojnym. Około 250 mil od wysp Galapagos ich jacht został zniszczony i zatonął w wyniku uderzenia wieloryba.  Rozbitkowie przeżyli na tratwie prawie cztery miesiące. Przeżyli dzięki sile woli, częstym deszczom i obfitości ryb w wodach oceanu.  Mieli świadomość braku szans na ratunek, nie utracili jednak woli życia, wierząc że ktoś ich uratuje. Ratunek przyszedł gdy byli już u kresu sił fizycznych.  Ich historia została opisana w wydanej przez nieistniejące już Wydawnictwo Morskie książce „117 dni na łasce oceanu”.

Dość dobrze znana jest także historia brytyjskiego żeglarza Tony Bullimore’a , uczestniczącego w wokółziemskich regatach samotników w 1996 roku. Po utracie kila i wywrotce jachtu spędził w pozostającym w pozycji masztem do dołu kadłubie 5 dni i nocy czekając na ratunek.  Jego wyczyn jest tym bardziej niewiarygodny, iż wypadek zdarzył się na zimnych wodach Oceanu Południowego, 1200 mil morskich od wybrzeży Australii. W akcji ratowniczej brały udział samoloty i okręt australijskiej marynarki wojennej. Była to prawdopodobnie, jeśli chodzi o zasięg największa akcja ratownicza w historii żeglarstwa. Bullimore przetrwał  w zanurzonym w zimnej wodzie kadłubie, nie mając żadnej pewności czy ktokolwiek go szuka i ma szansę go uratować 5 dni i nocy. Film dokumentalny o tym zdarzeniu pt. „Cudem ocalony” był pokazany na Festiwalu Filmów Żeglarskich JachtFilm w 2016 roku.

fot. kadr z filmu „Cudem ocalony”

W historii światowego żeglarstwa miało miejsce jeszcze jedno podobne wydarzenie. Działo się to u wybrzeży Nowej Zelandii, pod koniec lat 80. Prawdopodobnie z tego powodu w naszej części świata jest prawie nieznane i mało kto o nim słyszał. Jest to historia związana z wywrotką jachtu Rose-Noelle i z najdłuższym okresem przebywania na oceanie po wywrotce jachtu żaglowego. I o tym właśnie wydarzeniu jest poniższy tekst.

W czerwcu 1989 roku, z niewielkiego portu Picton w Nowej Zelandii w rejs na wyspę Tonga wyruszył  żaglowy trimaran „Rose-Noelle” z czteroosobową załogą.

Kapitan, i zarazem armator jachtu John Glennie szukał załogi na ten rejs. Był doświadczonym żeglarzem, pływał po Oceanie Spokojnym od wielu lat. Mając dwadzieścia lat zbudował w Australii swój pierwszy jacht, katamaran „Holidays”. Razem z bratem i znajomymi żeglował nim po wyspach Pacyfiku od końca lat 60. Zauroczył się szczególnie wyspami Polinezji i tam spędził większość lat swojej młodości. W trakcie trwającej 7 lat żeglugi przebył ponad 40 tys. mil morskich.

Zdjęcie z archiwum autora. John Glennie na jachcie „Holidays”. Początek lat 70.

Podróż na wyspę Tonga, na trimaranie „Rose-Noelle” miała być powrotem do przeszłości, do przygód z lat młodzieńczych. Wspomnieniem. Przygotowywał się do niej od długiego czasu. Planując rejs miał świadomość, że samotna podróż na takiej trasie nie jest łatwa. Potrzebował załogi.

fot. archiwum Johna Glennie. Jacht Rose-Noelle przed wyruszeniem w feralny rejs

W odpowiedzi na anons o poszukiwaniu załogi, wywieszony w klubowym barze zgłosiła się trójka mężczyzn. Chcieli przeżyć żeglarską przygodę. Nie mieli żeglarskiego doświadczenia, mieli za to dobry humor i odpowiednie nastawienie. Tylko dwóch z nich wcześniej się znało. W doskonałych nastrojach, żegnani na kei przez bliskich, wypłynęli w rejs. Na początku wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Do czasu. Po trzech dobach żeglugi, po przebytym ciężkim sztormie, gdy morale żeglarskich debiutantów mocno spadło, trimaran został wywrócony przez pojedynczą, ogromną 12-metrową falę, tzw. „freak wave”. W wyniku wywrotki, jacht pozostał w pozycji masztem do dołu. Czwórka mężczyzn została uwięziona w odwróconym kadłubie, dryfując z dala od uczęszczanych szlaków żeglugowych. Trójkadłubowa konstrukcja uniemożliwiała postawienie jachtu własnymi siłami.

Uruchomiona satelitarna boja ratunkowa EPIRB nadawała sygnał, który nie został jednak wychwycony  przez żadne urządzenie odbiorcze. Gdy po dziewięciu dniach w EPIRBie wyczerpała się bateria, rozbitkowie uświadomili sobie, że są zdani na żywioł oceanu i co okazało się znacznie trudniejsze….na siebie.

fot. kadr z filmu „Za burtą”

Żeglarska wycieczka na wyspę Tonga stała się walką o przetrwanie. W odwróconym kadłubie jachtu, w przestrzeni mieszkalnej wielkości dwuosobowego łóżka, czwórka mężczyzn spędza 119 dni dryfując po oceanie. Udaje im się dostać do zapasów żywności, okazuje się jednak że po wywrotce jachtu zbiorniki wody opróżniły się przez otwory odpowietrzające… Do picia zostało jedynie kilka puszek coli. Przez prawie 4 miesiące dryfowania nauczyli się łowić ryby, wymyślili mechanizm łapania deszczowej wody spływającej po obłych kadłubach jachtu, zagospodarowali przestrzeń pomiędzy kadłubami…

Rodziny i bliscy w Nowej Zelandii  spodziewali się kontaktu od nich po około 18 dniach od wyruszenia. Gdy po kilkunastu dniach nie było telefonu z docelowego portu, zaczęto się niepokoić i organizować poszukiwania.  Samolot Air Force szukał trimarana w rejonie wyspy Tonga oraz wyspy Kermadec – w rejonie docelowego portu. Poszukiwania trwały dwa dni, jednak nie odnaleziono żadnych śladów zaginionego jachtu.  Dalsze analizy wiatrów i prądów morskich wskazywały, że jeśli  na jachcie wydarzyło się cokolwiek uniemożliwiającego normalną żeglugę, a jacht nie zatonął, to powinien być niesiony w kierunku Ameryki Południowej. Nie mając jednak żadnych sygnałów wzywania pomocy z jachtu, który by umożliwiły określenie miejsca „katastrofy” choćby w przybliżeniu poszukiwania zarzucono. Obszar potencjalnych poszukiwań był zbyt wielki. Jacht uznano za zaginiony wraz z załogą.

Najbardziej prawdopodobna trasa dryfowania jachtu Rose-Noelle

Jacht  dryfował jednak w całkiem innym kierunku. Wiatry i prądy pchały odwrócony masztem do dołu trimaran nie w kierunku Ameryki Południowej, ale po trasie przypominającą pętlę. W końcu, po 119 dniach jacht rozbił się na niewielkim kawałku plaży u brzegu wyspy Great Barrier Island, położonej w archipelagu wysp Nowej Zelandii. Odległość od portu Picton, miejsca wyruszenia jachtu w prostej linii wynosiła ok. 600 km.

Na wieść o zaginionych żeglarzach Nowa  Zelandia oszalała. Historia jachtu Rose Noelle była tak niewiarygodna,  że mówili o niej wszyscy. Media rozdmuchały ją w sposób niewiarygodny. Nic innego nie było ważne jak historia „zmartwychwstałych” żeglarzy. Najlepsi dziennikarze nowozelandzcy dokładali starań by mieć wyłączność na wywiady ze skiperem jachtu Jonnem Glennie. Helikopter stacji telewizyjnej TVNZ ścigał się z helikopterem stacji TV3 by pierwszy dotrzeć na wyspę, gdzie wysztrandował jacht. Wydawnictwo Penguin podpisało umowę na wydanie książki kilka dni po uratowaniu.  Historia jachtu stała się głównym tematem wszelkich spotkań, rozmów, plotek, dyskusji mediowych w kraju,  w którym prawie każdy obywatel żegluje i zna się na żeglarstwie.

 

 

 

 

 

 

 

„To jest cud” … powtarzali wszyscy. „Może cud, a może nie” … mówili oficerowie straży granicznej. Sprawa była tak niewiarygodna, że stała się obiektem podejrzeń.  Służby graniczne oficjalnie poprosiły specjalistę z Wydziału Transportu Morskiego z Ministerstwa Transportu,  doświadczonego kapitana Mela Bowena  o przyjęcie roli śledczego i dokładne przeanalizowanie całej trasy podróży jachtu.

fot. archiwum Johna Glennie. Uratowana załoga Rose-Noelle.

Kapitan Bowen zaczął swoją prace od stwierdzenia „zapłacono mi, żebym wątpił”. Zastanawiał się przede wszystkim, dlaczego przez cztery miesiące prądy nie zdryfowały jachtu w kierunku Chile, zgodnie z tym co przewidywały wcześniejsze analizy.  Widział też, że rozbitkowie byli w całkiem dobrym stanie fizycznym i mieli dobre humory. Byli szczupli, ale nie wychudzeni. Nie mieli śladów szkorbutu. Jeden był ogolony, inni  także nie mieli zarostu czy włosów potarganych długą  walką o przeżycie. Skąd wzięli czyste ubrania które mieli na sobie? Śledczy podejrzewał, że coś jest nie tak, nie wiedział jednak czego szukać.

Wiedzieli natomiast celnicy. Ich podejrzenia kierowały się w stronę Chile… Cztery miesiące to wystarczający czas, by pożeglować do Ameryki Południowej po narkotyki i wrócić z ładunkiem na małą wyspę koło Nowej Zelandii. Podejrzewali, że uderzenie w skały i rozbicie jachtu pod koniec żeglugi mogło być wynikiem błędu nawigacyjnego.  Uznali,  że dla wyjaśnienia sprawy konieczne jest dokładne przeszukanie wraku jachtu i okolicy gdzie wysztrandował.

fot. archiwum Johna Glennie. Miejsce rozbicia jachtu o brzeg.

Kapitan Mel Bowen i lokalna policja dostała zadanie znalezienia jakichkolwiek śladów potwierdzających te podejrzenia. Zadanie to wypełniono bardzo precyzyjnie.  Przeszukano dokładnie całą linię brzegową wyspy, a z pomocą nurka dokonano oględzin wnętrza jachtu. Rose Noelle okazał się jednak pięknie zbudowanym i dobrze wyposażonym prywatnym jachtem, który był jednocześnie domem armatora. Z wody wokół rozbitego jachtu wydobyto  mnóstwo prywatnych przedmiotów, patelnie, rower, okulary, sprzęty domowe. Nie znaleziono żadnych śladów specjalnego ładunku.

fot. archiwum Johna Glennie. Kapitan na ocalałych resztkach jachtu.

Ocalałe fragmenty jachtu porośnięte muszlami wysłano do Instytutu Biologii Morskiej Uniwersytetu w Auckland. Dopiero te działania przekonały śledczego, że kapitan John Glennie nie był przemytnikiem narkotyków, katamaran Rose-Noelle rzeczywiście płynął na Tonga, a ocaleni mężczyźni są prawdziwymi rozbitkami dryfującymi prawie cztery miesiące po oceanie.

Ogłoszone przez śledzące cały czas sprawę media wyniki dochodzenia nie przekonały jednak ludzi. Dla nich cała historia była zbyt niewiarygodna. Sąsiedzi, znajomi,  klubowi koledzy żeglarze – nikt nie wierzył, że czwórka mężczyzn może przeżyć na oceanie 119 dni, wrócić do normalnego życia bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Bohaterowie tego zdarzenia bardzo długo spotykali się ze opiniami szukających rozgłosu oszustów, naciągaczy.

Jeśli chodzi o uczestników tego tragicznego rejsu to ich losy potoczyły się bardzo różnie. Dwa lata po zakończeniu rejsu zmarł na guza mózgu Rick. Jim, jego przyjaciel, pomagał żonie Ricka opiekować się nim aż do śmierci. Wkrótce potem wyjechał do Stanów Zjednoczonych, w trakcie kilkuletniego pobytu skończył kursy pielęgniarskie. Po powrocie do Nowej Zelandii zaczął pracować w szpitalu jako pielęgniarz. Phil mieszkał z rodziną w Nowej Zelandii na jachcie, zmarł kilka lat temu. John Glennie, właściciel trimarana Rose-Noelle mieszka w Stanach Zjednoczonych.

fot. archiwum Johna Glennie.

W 2015 roku na podstawie tej historii został nakręcony film fabularny pt. „Za burtą”. Film był pokazany na VII edycji Festiwalu Filmów Żeglarskich JachtFilm w Warszawie.  Pokaz tego filmu był wyjątkową okazją do poznania tej niewiarygodnej historii, która jednak wydarzyła się naprawdę.

Powiązane artykuły

KomentarzNapisz komentarz

  • Świetna strona, rzeczowa, same fakty. Szczególnie dla dziennikarza, który ma za zadanie opisanie rejsu Szymona Kuczyńskiego „non stop round the globe” i poszukuje w internecie porównywalnych faktów. I dopiero dzięki waszej stronie wykryłem, że Szymon Kuczyński w swojej książce „Dookoła świata, o tak, o…” na s. 118 pomylił się, pisząc o rodzinie Robinsonów, których jacht zatonął staranowany przez orki w pobliżu wysp Galapagos. To byli Maralyn i Maurice Bailey.

Napisz odpowiedź

Twój adres e-mail nie będzie widoczny. Wymagane pola są zaznaczone *