Rozbitkowie czy przemytnicy?

Rozbitkowie czy przemytnicy? Niezwykła historia na dużym ekranie.

Jak długo można przeżyć na morzu po wywrotce lub utracie jachtu? Znamy historię małżeństwa Maralyn i Maurice’a  Bailey. Po zderzeniu z wielorybem ich jacht zatonął na Oceanie Spokojnym, około 250 mil od wysp Galápagos (rok 1974). Rozbitkowie spędzili na tratwie prawie cztery miesiące. Przeżyli dzięki częstym deszczom i obfitości ryb w wodach oceanu. Wiedzieli, że na ratunek mają niewielkie szanse, ale nie utracili woli walki. Wybawienie przyszło, gdy byli już u kresu sił (tę historię opisano w książce „117 dni na łasce oceanu”). Znamy też historię brytyjskiego żeglarza Tony Bullimore’a, uczestnika okołoziemskich regatach samotników (1996). Po utracie kila i wywrotce jachtu spędził w kadłubie pięć dni i nocy. Wypadek wydarzył się na zimnych wodach Oceanu Południowego, 1200 mil od Australii. Bullimore przetrwał, nie mając żadnej pewności, czy ktokolwiek go szuka.

Jest jeszcze jedna niezwykła historia, w naszej części świata prawie nieznana. Żaglowy trimaran „RoseNoëlle” z czteroosobową załogą wyruszał z niewielkiego portu Picton w Nowej Zelandii w rejs na wyspę Tonga. Był czerwiec 1989 roku…

Trimaran Rose Noelle przez wyruszeniem z Nowej Zelandii

John Glennie, kapitan i zarazem armator jachtu, był doświadczonym żeglarzem. Wiedział, że samotna żegluga tym szlakiem nie będzie łatwa, więc postanowił poszukać załogi. W odpowiedzi na anons wywieszony w miejscowym jachtklubie zgłosiło się trzech mężczyzn gotowych przeżyć przygodę. Nie mieli żeglarskiego doświadczenia, a jedynie odpowiednie nastawienie. W doskonałych nastrojach, żegnani na kei przez bliskich, wypłynęli w rejs. Po trzech dobach dopadł ich silny sztorm. Ogromna pojedyncza fala wywróciła trimaran z dala od uczęszczanych szlaków. Nie mogli podnieść swej łodzi, więc odtąd dryfowali z masztem zwróconym do dołu. Radipława EPIRB nadawała sygnał, ale nie został on przechwycony przez żadne urządzenie odbiorcze. Gdy po dziewięciu dniach wyczerpała się bateria, rozbitkowie zrozumieli, że są zdani na siebie i żywioł oceanu. Żeglarska wycieczka zamieniła się w walką o przetrwanie. W niewielkim pływaku załoga spędziła 119 dni. Nauczyli się łowić ryby i wymyślili sposób gromadzenia wody deszczowej. Zagospodarowali też przestrzeń pomiędzy kadłubami.

Czterech mężczyzn żyjących w jednym kadłubie jachtu

Bliscy spodziewali się kontaktu po około 18 dniach od startu. Gdy zatem załoga nie dawała znaku życia z docelowego portu, zaczęli się niepokoić. Analizy wiatrów i prądów wskazywały, że jeśli łódź nie zatonęła i dryfuje, powinna zmierzać w kierunku Ameryki Południowej. Na podstawie tych obliczeń, wszczęto poszukiwania. Niestety nie znaleziono żadnych śladów. Dlaczego? Otóż trimaran z masztem w wodzie dryfował w zupełnie innym kierunku. Wiatry i prądy pchały go po trasie przypominającej pętlę. W końcu łódź rozbiła się na brzegu wyspy Great Barrier w archipelagu Nowej Zelandii. Odległość od portu Picton w linii prostej: około 324 mile.

Na wieść o odnalezieniu zaginionych cała Nowa  Zelandia oszalała. Historia jachtu „RoseNoëlle” była tak niewiarygodna, że stała się ulubionym tematem mediów. Śmigłowiec stacji telewizyjnej TVNZ ścigał się z helikopterem TV3, by pierwszy dotrzeć na plażę, gdzie wysztrandował trimaran. Najlepsi dziennikarze dokładali starań, by mieć wyłączność na wywiad ze skipperem. Kilka dni po uratowaniu rozbitków, wydawnictwo Penguin podpisało z kapitanem umowę na wydanie książki. „To cud” – powtarzali prawie wszyscy. „Może cud, a może nie” – mówili z powątpiewaniem niektórzy, szczególnie oficerowie straży granicznej.

Zaczęto snuć podejrzenia. Służby graniczne poprosiły Mela Bowena, doświadczonego kapitana, pracownika Ministerstwa Transportu, o przyjęcie funkcji śledczego i dokładne przeanalizowanie trasy jachtu. Bowen zaczął pracę od stwierdzenia: „Zapłacono mi, abym wątpił”. Zastanawiał się przede wszystkim, dlaczego przez cztery miesiące prądy nie zdryfowały jachtu w kierunku Chile, zgodnie z tym, co przewidywały wcześniejsze analizy. Wiedział też, że rozbitkowie byli w całkiem dobrym stanie fizycznym i dopisywały im humory. Byli szczupli, ale nie wychudzeni. Nie mieli śladów szkorbutu. Jeden był ogolony, inni także nie mieli zaniedbanego zarostu, czy potarganych włosów. Poza tym, skąd wzięli czyste ubrania? Śledczy podejrzewał, że coś musi być nie tak, ale nie wiedział czego szukać.

Wiedzieli natomiast celnicy. Według nich cztery miesiące to odpowiedni czas, by pożeglować do Ameryki Południowej po narkotyki i wrócić z ładunkiem na małą wyspę koło Nowej Zelandii. Podejrzewali, że uderzenie w skały i rozbicie jachtu, to konsekwencja błędu nawigacyjnego. Uznali, że konieczne jest dokładne przeszukanie wraku i okolicy, w której wysztrandował.

Mel Bowen oraz lokalny policjant, który jako pierwszy dotarł do rozbitków, dostali bojowe zadanie: znaleźć ślady potwierdzające te podejrzenia. Przeszukano całą linię brzegową. Nurek wykonał oględziny wnętrza jachtu. Z wody wydobyto mnóstwo przedmiotów: patelnie, okulary, sprzęty domowe. Nie znaleziono jednak żadnych śladów specjalnego ładunku.

Kapitan John Gleenie na resztkach swojego katamarana.

Znaleziono natomiast fragmenty kadłuba mocno porośnięte muszlami i skorupiakami. Przekazano je do analizy zoologom z Uniwersytetu w Aucland. Wykonana analiza potwierdzała, że znajdowały się one w wodzie co najmniej 3 miesiące.

Te działania przekonały śledczego, że John Glennie, kapitan trimarana, nie jest żadnym przemytnikiem narkotyków, a ocaleni mężczyźni są prawdziwymi rozbitkami.

Ogłoszono wyniki śledztwa, ale nie wszystkich one przekonały. Sąsiedzi, znajomi, klubowi koledzy – wielu wciąż snuło podejrzenia. Nie wierzyli, że załoga mogła przeżyć na oceanie 119 dni i wrócić do normalnego życia w dobrej formie. Bohaterowie tego zdarzenia długo spotykali się z opiniami, że są oszustami lub naciągaczami szukającymi rozgłosu.

Na podstawie tej historii, w 2015 roku nakręcono film fabularny zatytułowany „Za burtą”. Film był pokazany na 7. Festiwalu Filmów Żeglarskich JachtFilm w 2017 roku.

Powyższy tekst został opublikowany w Magazynie Wiatr, nr 9-10/2025